Moje wędrówki

My, psychoanalitycy mamy wrażliwość, która stoi w sprzeczności z obowiązującą kulturą która apeluje do najbardziej prymitywnych warstw ludzkiego narcyzmu. Wmawia nam, że jeśli na emeryturze będziesz grał cały dzień w golfa, to będziesz szczęśliwy. A terapeuci wiedzą przecież, że to nieprawda.
Z Nancy McWilliams rozmawia Andrew Roth

Andrew Roth: Dlaczego zostałaś psychoanalityczką?

Nancy McWilliams: Zakochałam się we Freudzie w Oberlin College, gdzie studiowałam nauki polityczne. Mój tutor (który zresztą później został moim mężem) twierdził, że już wtedy dało się poznać, że dobrze się czuję w obszarze psychologii. Kończąc te studia pisałam esej na temat „Kultura jako źródło cierpień” Freuda. To był mój prawdziwy wstęp do psychoanalizy.
Poza tym moja matka miała analityczne zainteresowania – kiedy studiowała w Columbia Teachers College wiele się tam o psychoanalizie mówiło. Zmarła, gdy miałam dziewięć lat, więc nie mogę tego wiedzieć na pewno, ale sądząc z klimatu, w jakim mnie wychowywała – myślenie analityczne było jej bliskie. Często szukała psychologicznych wyjaśnień dla różnych motywów ludzkiego postępowania a w sytuacjach w których moje uczucia były przez kogoś zranione, zachowywała się w sposób bardzo „psychologiczny”.

Po skończeniu college’u przeniosłam się do Nowego Jorku i napisałam do Theodore’a Reika, znanego amerykańskiego psychoanalityka, z pytaniem, jak ktoś z mojego pokolenia mógłby zostać terapeutą. Bardzo uprzejmie i szybko mi odpisał, zgodził się spotkać i powiedział, że powinnam się poddać analizie. Miał rację. Potrzebowałam rady i otrzymałam bardzo dobrą. Reik chciał zostać moim analitykiem, ale był w dość podeszłym wieku a ja wiedziałam, że dla mnie to nie jest dobry pomysł, żeby zanurzyć się w analizę z kimś, kto może umrze w trakcie terapii. Wszak straciłam matkę kiedy byłam mała.
Zrezygnowałam z niego, a on skierował mnie do swojego Centrum Konsultacyjnego . Tam odbyłam konsultację i kogoś mi przypisano. W tamtym czasie ledwo mi starczało pieniędzy na terapię – płaciłam 15 dolarów za godzinę. To zresztą był jeden z powodów, dla których wiele lat potem założyłam Centrum Psychoterapii. Każdy tam mógłuzyskać psychoterapię analityczną lub pełną analizę on a sliding scale.
Potem odbyłam moje analityczne szkolenie w NPAP. Doktorat robiłam na Uniwersytecie Rutgers , gdzie specjalizowałam się w psychologii osobowości. Nie wybrałam psychologii klinicznej, bo chciałam uczyć się u Sylvana Tomkinsa. Już wtedy moja fascynacja różnicami indywidualnymi wykraczała poza zainteresowania ściśle kliniczne.

A jakie masz inne zainteresowania?

W życiu osobistym lubię wędrówki i śpiewam z innymi kobietami. Kiedyś śpiewałam w trio „Three Blonde Chicks”, dziś śpiewam w grupie amatorskiej. Mam dwie córki. Starsza jest profesorem nauk politycznych w Pomona , a młodsza tworzy muzyczne gry wideo. Jest również wokalistką, gitarzystką i autorką tekstów dla znanej dziewczęcej grupy punkowej w Bostonie.

Co myślisz na temat miejsca psychoterapii w obecnej kulturze amerykańskiej?
Myślę, że psychoanaliza ma nadal przyczółek w tej kulturze tylko dlatego, że kiedyś była nowa i „sexy”, a nie dlatego, że amerykańska kultura jest szczególnie przyjazna dla takiej postawy, nazwijmy ją dla uproszczenia, europejskiej. To nie jest kultura specjalnie zniuansowana, która doceniałaby np. rolę paradoksu. Amerykanie mają praktyczne podejście do życia, są nastawieni na rozwiązywanie problemów, chcą prostej, optymistycznej formuły.
Ale w ludziach jest przecież tęsknota za czymś więcej. Zawsze tak było. Amerykanie zaspokajają tę tęsknotę a pomocą religii, filozofii czy różnego rodzaju dyscyplin umysłowych. Ale ten głód ciągle pozostaje na takim samym poziomie. Kultura nie daje tu wsparcia.

My, psychoanalitycy mamy wrażliwość, która stoi w sprzeczności z obowiązującą kulturą. Myślę, że wszyscy to czują i że wszyscy musimy się jakoś wzajemnie wspierać, próbując wspólnie naprawić te aspekty kultury masowej, które są najgorsze.
Współczesna kultura apeluje bowiem do najbardziej prymitywnych warstw ludzkiego narcyzmu: mówi że jeśli jesteś piękny/ bogaty/ sławny to będziesz szczęśliwy. Wmawia nam, że jeśli na emeryturze będziesz grał cały dzień w golfa to też będziesz szczęśliwy. A terapeuci wiedzą przecież, że to nieprawda.

Wiemy, że szczęście jest związane ze zdolnością do czegoś wręcz odwrotnego – do uznawania własnych ograniczeń, do przyjęcia, że coś nie jest możliwe, do zaakceptowania tego, co się ma. Nie doprowadzi nas do szczęścia zachłanność i ciągłe dążenie do „czegoś więcej”. Spójrzmy na reklamy. Na hasła takie jak: “Zasługujesz na to, jesteś tego warta!”. Te reklamy zapraszają do gry najbardziej infantylne części nas samych.

Terapeuci wiedzą, że te aspekty nie są szczególnie adaptacyjne. Wiemy, że mówienie dziecku stale, że jest “wspaniałe”, “wyjątkowe” i “ponadprzeciętne” sprawia, że – jak pisze Garrison Keillor – wyrastają na ludzi wydrążonych, z pustym self, przeżywających siebie jak oszustów. Wiedzą, że są zwyczajnymi ludźmi, ale muszą prezentować światu swoje fałszywe self, żeby być zaakceptowanymi. Wiemy, że realistyczna ocena siebie i odporność psychiczna biorą się z poznawania prawdy o samym sobie, o tym kim jesteśmy, ze wszystkimi naszymi słabościami, wadami i konfliktami. Podsumowując – my, terapeuci, mamy inny punkt widzenia i warto, żebyśmy nie ustawali w wyrażaniu go.

Czy psychoanaliza umrze?

Psychoanaliza na pewno nie umrze: My realnie pomagamy ludziom, oni to wiedzą, i mówią o tym innym. Jednak nie sądzę, że przetrwamy w systemie opieki zdrowotnej. Przypuszczam, że psychoanaliza stanie się ofertą leczenia dostępną jedynie dla osób, które są względnie zamożne lub które mają szczęście żyć w zamożnej społeczności.

Jaki jest dziś wpływ sektora ubezpieczeń oczekującego głównie terapii opartych na badanich na psychoanalizę?

Na własne oczy mogliśmy obserwować subtelną, a zarazem złowrogą zmianę paradygmatu, wykreowaną głównie przez firmy ubezpieczeniowe i farmaceutyczne. Kiedyś rozumiano, że psychoterapia jest relacją, która goi rany. Dziś została przekształcona w zbiór technik, które można stosować do określonych kategorii zaburzeń. To co się w tej sprawie stało, zwala z nóg.

Oczywiście że psychoterapia powinna być oparta na badaniach. Ale żeby przeprowadzić określony rodzaj badania, trzeba wcześniej wyizolować poszczególne zaburzenia, trzeba podejmować konkretne działania przed i po terapii, trzeba dokładnie operacjonalizować to, co się robi w terapii, żeby można to było potem zmierzyć i porównać A to nie ma sensu, ponieważ cele psychoterapii różnią się od celów innych, łatwiej mierzalnych dziedzin.

Firmy ubezpieczeniowe twierdzą, że celem terapii jest ustąpienie objawów. To jest to, o co musisz się martwić. A przecież żaden dobry lekarz nigdy nie utożsami ustąpienia gorączki lub złagodzenia wysypki z wyleczeniem choroby. Widzimy, że ten rodzaj podejścia to już nawet nie jest model medyczny, tylko model badawczy. Naukowcy nie są szkoleni klinicznie natomiast muszą mieć mierzalne kryteria sukcesu terapii. Więc obserwowanie objawów i ich łagodzenie staje się podstawą dla naukowców.

Postępujący niestety podział między praktykami i badaczami ma wiele przyczyn: badacze akademiccy nie wiedzą zbyt wiele o tym jak naprawdę wygląda terapia, więc próbują narzucić firmom ubezpieczeniowym swój punkt widzenia.

Ale powód dla którego tak naprawdę cierpimy, jest jeszcze inny. To efekt zmiany, która miała miejsce w latach ‘80, kiedy próbowano przedstawić DSM jako odpowiednie narzędzie dla naukowców.

Badacze skarżyli się na to, że różne regiony geograficzne i różne subkultury, w których bada się zdrowie psychiczne widzą rzeczy zupełnie inaczej. Chcieli czegoś, co byłoby uniwersalne. Narzekali, że kryteria diagnostyczne potrzebują klinicznego spojrzenia a oni potrzebowali jakichś „obiektywnych”, zewnętrznie obserwowalnych kategorii. Kiedy mówiliśmy im: “diagnozujemy narcystyczne zaburzenie osobowości obserwując, w jaki sposób rozwija się w terapii przeniesienie” mówili: „w takim razie to jest dla nas bezużyteczne”.

Oni chcieli znaków, które można weryfikować. Dla pewnych rodzajów badań to pewnie ma sens, ale nie dla badań nad psychoterapią.

Myślę, że ludzie, którzy poprowadzili DSM w tę stronę (włączając Roberta Spitzera, który był głównym architektem tej zmiany, a teraz żałuje, bo nie przewidział, jak firmy ubezpieczeniowe ją wykorzystają) nie myśleli o tym, że społeczność praktyków buntuje się bo nie chce stawać się twarzą interesów korporacji.

Czy istnieją znaczące empiryczne dowody na skuteczność psychoterapii psychoanalitycznej ?

Istnieje ogromna baza takich dowodów. Polecam na przykład artykuł Jonathana Shedlera: “Skuteczność psychoterapii psychodynamicznej”, który został opublikowany niedawno w „American psychology”.
Badania są pomocne nie tylko dla rozwijania procedur terapii psychoanalitycznej, ale także dla rozwijania samej koncepcji.

Jest ogromna współczesna literatura na temat teorii przywiązania, afektu, typów osobowości i neuronauki – te idee bardzo wspierają tradycyjną psychoterapię. Ponieważ psychoanalityczna terapia jest tak specyficzna (ze względu na klienta) i jest sztuką nie dającą się ściśle zoperacjonalizować, to młodzi ludzie często myślą, że nie jest oparta na dowodach, ale to nieprawda.

Skąd terapeuci mogą czerpać wsparcie i intelektualna stymulację?
Cóż, nowo wyszkoleni terapeuci mają dziś różne trudności, których nie było w moich czasach. Trudności te dotyczą zarówno kwestii finansów jak i obciążeń czasowych. Poza tym zdobywają często licencję mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zakładają rodziny. Zwykle namawiam ich, aby starali się uzyskać jak najwięcej z własnej psychoterapii. To jest konieczne wsparcie w trudnym dziele radzenia sobie z każdym kolejnym cierpiącym człowiekiem, którego leczymy.

Poza tym jest duże ryzyko wypalenia, jeśli nie kontynuuje się nauki, i to na głębokim poziomie. Do rozwoju kariery potrzebujesz stałego wsparcia oraz stymulacji. W dzisiejszych czasach młodzi terapeuci są zobowiązani do leczenia pacjentów przy pomocy określonej techniki przypisanej do określonego zaburzenia. Tacy ludzie wypalają się bardzo szybko, chyba, że mają miejsce , gdzie mogą odkrywać siebie i bezpiecznie kontynuować naukę wśród innych ludzi – dlatego grupy superwizyjne są tak ważne.

Nancy McWilliams jest wykładowczynią, superwizorką i terapeutką w New Jersey. W 1994 roku zapoczątkowała wydawanie serii klarownych i wyczerpujących książek na temat psychoterapii.

Wszelkie prawa zastrzeżone przez Laboratorium Psychoedukacji - Instytut Treningu i Psychoterapii
realizacja: estinet.pl

Laboratorium Psychoedukacji

03-932 Warszawa ul. Katowicka 18
03-977 Warszawa ul. Arabska 7a
tel: 22 617-61-64
e-mail: lps@lps.pl