Formularz zapisów

Wystąpienie na konferencji z okazji trzydziestolecia Laboratorium Psychoedukacji Warszawa, czerwiec 2008 Jerzy Dmuchowski

Psychoterapia bum, bum, bum, bum. Tak dzisiaj wiekowi już terapeuci Gestalt nazywają prześmiewczo psychoterapię, którą uprawiali 40 lat temu. Można było poznać, że w tym miejscu odbywa się psychoterapia po pozostawianych przed salą butach, braku mebli i sprzętów innych niż materace i poduszki oraz dużej ilość chusteczek higienicznych. Nasze laboratoryjne Grupy Otwarcia nadal odbywają się w takich dekoracjach, chociaż już raczej z sentymentu do przeszłości, bo charakter pracy nie wymaga takich warunków.
Psychoterapia bum, bum, bum, czyli psychoterapia dramatyczna, nastawiona na przeżycia katarktyczne, na uwolnienie emocji, odreagowanie, bardzo intensywną ekspresję, akomodację i doświadczenie wspólnoty. Było dużo płaczu, przytulania, skowytu, walenia i kopania w materace. Kiedy ktoś mówił, że rzygać mu się chce, to zachęcało się go do wykonywania ruchów i dźwięków imitujących wymiotowanie i do robienia tego coraz mocniej, gwałtowniej i głośniej aż do utraty kontroli. Kiedy ktoś mówił, że cznia swoją matkę, to można mu było podsunąć materac poprosić, żeby wybrał którąś z uczestniczek, z którą będzie utrzymywał kontakt wzrokowy w czasie tego aktu i dalej jak z wymiotowaniem. Czyli raczej robić niż relacjonować, przeżywać niż się zastanawiać i dywagować, całkowicie poddać się doświadczeniu, „stracić głowę”.

Psychoterapia grupowa lat 60, 70 a w Polsce 80 pozostawała pod silnym wpływem ruchu treningowego. Porządkująco pisze o wzajemnych relacjach terapii i treningu Irvin Yalom w swoim klasycznym podręczniku. Pod pewnymi względami treningi z tamtych lat mogą się dziś wydawać szalone. Kiedy pierwszy raz uczestniczyłem w Grupie Otwarcia, w 79 roku, któregoś wieczoru cała „grupa pracy z ciałem”, łącznie z prowadzącymi, zeszła na kolację całkiem nago. Dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia.

Z drugiej jednak strony między innymi dzięki wpływowi treningu był to dla psychoterapii okres bardzo twórczy i ciekawy. Większość terapeutów grupowych uczestniczyła w różnego rodzaju grupach treningowych. Można powiedzieć, że się rozluźniali. Doświadczali na sobie tę formę pracy, doceniali ją, przejmowali niektóre idee i techniki. Pod wpływem treningu psychoterapia grupowa stała się bardziej oparta na interakcjach i relacjach, bardziej nasycona emocjonalnym doświadczeniem, bardziej uwzględnia ciało, oddech, ruch, ekspresję i kontakt. Koncentruje się w większym stopniu na teraźniejszości, na tu i teraz. Uwzględnia przeszłość, ale również w większym stopniu niż dawniej przyszłość. Stała się bardziej demokratyczna i dialogowa. Psychoterapeuci zmniejszyli dystans do grupy, zaczęli w większym niż przedtem stopniu pełnić role modelujących uczestników, nieco częściej odsłaniać swój proces myślenia i reakcje emocjonalne.
Paradoksalnie, grupy spotkaniowe i treningowe, które kojarzy się z buntem, luzem, odpuszczeniem i swobodą poddawane były dobrym badaniom na znacznie szerszą skalę niż grupy psychoterapeutyczne. Obaj czołowi założyciele ruchu treningowego – Kurt Lewin i Carl Rogers przywiązywali bardzo dużą wagę do badań. Psychoterapia grupowa (właściwie psychoterapie grupowe) korzystała z wyników tych badań do modyfikowania swojej teorii i praktyki jak i do konstruowania własnych programów badawczych.

To, co trwale pozostało z dorobku tamtej psychoterapii, zdaje się być w zgodzie z wynikami badań nad grupami spotkaniowymi, w tym badań nad  wpływem stylu pracy lidera  na skuteczność treningu. Z badań wynikało między innymi, że doświadczenie emocjonalne stanowi dla zmiany warunek niezbędny, ale nie wystarczający. Konieczna jest refleksja nad doświadczeniem, zrozumienie go, nadanie znaczenia.

Pozostało więc docenianie emocjonalnego doświadczenia w grupie. Jest ono często doświadczeniem korekcyjnym. Zawsze pozostaje niezbędne dla wzrostu świadomości i terapeutycznej zmiany. Terapeuci, którzy uczestniczyli w tamtych grupach zdają się być bardziej wyczuleni na temperaturę emocjonalną, która może sygnalizować treści nieznane czy głębokie problemy i cierpienie pacjenta. Zdają się też mieć większą zdolność do towarzyszenia pacjentom w przeżywaniu intensywnych, głębokich emocji i bólu. Grupy prowadzone przez terapeutów z doświadczeniem tamtych lat rzadziej mają charakter spotkania gadających głów, brnących w jałowe wyjaśnienia i poszukiwanie przyczyn. Wtedy dyskredytowało się pytanie „dlaczego?” na rzecz „co?”, „jak?” i „po co?”, czyli kładło się nacisk na badanie procesu, jego struktury i funkcji raczej niż odkrywanie korzeni w przeszłości. Zgodnie z teorią pola  nie istnieje działanie na odległość, przyczyny zjawisk teraźniejszych muszą pozostawać w teraźniejszości.

Jednocześnie dzisiejsze grupy mają mniej dramatyczny przebieg. Nadal jest dużo emocji, ale nie aż tak dużo i nie tak intensywnie wyrażanych. Znacznie rzadziej emocje wyraża się w działaniu. Pacjenci na przykład częściej mówią, że czują do siebie bliskość niż od razu się przytulają. Znacznie więcej jest miejsca na refleksję i zrozumienie przeżyć w grupie, a także na rozpoznawanie problemowych wzorców myślenia, przeżywania, zachowania, wchodzenia w kontakt i kształtowania relacji, oraz dynamiki i konsekwencji tych wzorców. Terapeuta pomaga odsłaniać znaczenia przeżyć, uogólniać je i przenosić do życia poza terapią. Wydaje się, że dzięki temu pacjent nie tylko doświadcza czegoś ważnego w grupie, ale może to doświadczenie zrozumieć i rozpocząć proces zmian w życiu. Sprzyja temu docenianie odpowiedzialności, wyboru i woli pacjenta. To również można widzieć jako dziedzictwo terapii lat 70.

Skuteczności terapii w umożliwianiu zmian w życiu sprzyja również większy nacisk na pracę z oporem. W psychoterapii grupowej pozostającej pod wpływem treningu stosowało się strukturalizowane ćwiczenia i psychodramy. Przyspieszały one przebieg procesów grupowych i indywidualnych, powodowały przezwyciężanie barier, szybsze wzajemne poznawanie się, budowanie bezpieczeństwa i zaufania. Ćwiczenia ułatwiały wyrażanie uczuć rywalizacyjnych, niechęci i wrogości a z drugiej strony szybkie tworzenie bardzo dużej bliskości i intymności.
W grupach treningowych, żeby na przykład zbudować poczucie bezpieczeństwa, proponowało się uczestnikom, żeby po kolei stawali na parapecie okna tyłem do sali i spadali do tyłu na wyciągnięte ręce pozostałych uczestników. Było to zazwyczaj doświadczenie bardzo miłe i rzeczywiście sprzyjało zaufaniu chyba, że ktoś mniej życzliwy cofną w ostatniej chwili ręce. Żeby stymulować różnice i konflikt, rozdawało się uczestnikom na przykład łyżki i widelce i prosiło, żeby podarować łyżkę osobie, którą lubi się najbardziej a widelec osobie, której się najbardziej nie lubi. Po wykonanym ćwiczeniu nie dawało się już utrzymywać złudzenia, że wszyscy lubimy się tak samo.

W grupach psychoterapeutycznych jednak, proponując ćwiczenia, terapeuta mógł sprzyjać omijaniu lub przełamywaniu oporu. Pacjenci nie doświadczali, nie badali i nie rozumieli tego, co stoi na drodze, by mogli budować dobre dla siebie związki i realizować się w życiu. Praca z oporem zamiast obchodzenia go lub przełamywania, chociaż wolniejsza i często mozolna pozwala nie tylko doświadczyć bliskości i więzi w grupie, ale uczyć się tworzyć dobre relacje w życiu.

Psychoterapię grupową bardzo wzbogaciły koncepcje Wilfreda R. Biona – teoria grupy jako całości i podstawowego założenia, a także wprowadzenie przez niego do terapii grupowej teorii identyfikacji projekcyjnej. Bez znajomości tych teorii terapeuci częściej pozostawali bezradni wobec szczególnych zjawisk w relacji grupy z terapeutą oraz relacji jednostki z grupą. Właśnie dla tych pacjentów, z którymi terapeuci grupowi nie radzili sobie, dziś, dzięki koncepcjom Biona psychoterapia grupowa może być dobrą, a nawet najlepszą propozycją. Mam na myśli pacjentów z poważnymi problemami w relacji z autorytetem, które uniemożliwiają budowanie zadowalających związków rówieśniczych i partnerskich. Pacjenci ci często rozwijają tak masywne przeniesienie w terapii indywidualnej, że terapeuta nie ma możliwości prowadzenia pracy nad nim. W grupie pacjent może rozłożyć swoje przeniesienie na różne osoby poza terapeutą i też na całą grupę. Szansa polega na tym, że może przepracować problemy w relacji z autorytetem jakby niesiony przez grupę. Warunkiem jest, żeby grupa i terapeuta pracowali nad relacją grupy z terapeutą. Zagrożenie dla takiego pacjenta stanowi natomiast sytuacja, kiedy grupa nie pracuje nad relacją z terapeutą. Pacjent może się stać obiektem identyfikacji projekcyjnej. Pozostali członkowie grupy mogą wtedy pozostając nieświadomi na przykład swojej wrogości do terapeuty wyprojektować ją właśnie na tego pacjenta. Zacznie on przeżywać i wyrażać wrogość nie tylko swoją, ale również wszystkich pozostałych członków grupy. Zacznie się zachowywać dziwacznie i nieadekwatnie, atakując terapeutę ponad wszelką miarę. Pozostali będą się przyglądać ze zdziwieniem, zakłopotaniem i niepokojem. Będą się od niego odsuwać, izolować go, a w końcu odrzucą. Bez zwrócenia projekcji pozostałym uczestnikom, nie ma możliwości pracy nad uczuciami pacjenta. Istnieje wtedy duże prawdopodobieństwo, że obarczony identyfikacją projekcyjną bezradny pacjent zrezygnuje z terapii. Wydaje się, że dawniej pacjenci częściej niż dziś kończyli terapię nie tylko przedwcześnie, ale i w urażający dla siebie sposób. A grupa wybierała następną osobę jako obiekt swojej projekcji i problem pozostawał nierozwiązany.

Z drugiej strony twórczą inspiracją lat 70 utrzymującą się trwale w psychoterapii jest wrażliwość na perspektywę egzystencjalną. O tym również interesująco pisał Yalom. Często w grupie powstaje bardzo duża intymność. Dla wielu uczestników może to być jedyne takie doświadczenie w życiu. Bywa, że nadzwyczajnej intymności towarzyszy jakby snująca się mgła smutku czy melancholii. Zdaje się ona mówić, że niezależnie jak bardzo się do siebie zbliżymy, pozostajemy podstawowo samotni i samodzielni.

I na koniec przykład ilustrujący egzystencjalny wymiar w terapii. Na poprzedniej sesji pacjentka – trzydziestokilkuletnia kobieta, Czeszka z pochodzenia, która nie może się zdecydować na zamieszkanie ze swoim wieloletnim partnerem i założenie rodziny, bardzo emocjonalnie opowiada, jak się właśnie okazało, że ma problemy ze zdrowiem, że być może są one poważne, że może już nigdy nie wróci do dobrej kondycji, może już zawsze będzie musiała uważać, nie robić różnych rzeczy, utrzymywać dietę, brać leki itd. Jest zszokowana, przestraszona i zła. Nie sądziła, że kiedyś będzie miała kłopoty ze zdrowiem. Płacze przejmująco. Jej płacz porusza innych. Próbują ją wspierać, pocieszać, dzielą się swoimi doświadczeniami, doradzają, mówią o pomyłkach lekarzy. Na dzisiejszej sesji członkowie grupy rozmawiają o tym, że kiedy ponoszą porażki, coś im się nie udaje, przegrywają, na przykład w zawodach sportowych albo w rywalizacji w pracy, popełniają błąd, mają problem, to myślą, że są beznadziejni, potępiają się i maltretują. Rozmawiają o tej skłonności jako o przejawie niskiego poczucia wartości, lęku przed brakiem akceptacji, odrzuceniem… Rozmawiali na te tematy już wielokrotnie. Terapeuta ma wrażenie, że klimat emocjonalny nie odpowiada treści rozmów i temu jak uczestnicy rozumieją to, o czym, rozmawiają. Postanawia podzielić się swoim domysłem. Czy potępianie się za porażkę i popadanie w beznadziejność nie jest sposobem na unikanie doświadczania siebie jako przegrywającego, nie dającego sobie rady, kruchego, słabego? Czy grupa nie unika doświadczenia słabości, kruchości, tego, że nawet, jeżeli czasami coś się nam udaje, odnosimy sukcesy, panujemy nad naszym życiem, to podstawowo jesteśmy słabi, bezradni, żyjemy od porażki do porażki i porażką się wszystko kończy. Czy nie dotyczy to również naszej grupy, tego że mimo intensywnej pracy ciągle wpadamy w te same dziury. Czy uczestnicy nie czują się rozczarowani, że terapeuta i psychoterapia nie chronią przed lękiem, samotnością, odpowiedzialnością, bólem i przemijaniem. Komentarz terapeuty wywołuje silne wrażenie. Kilka osób płacze, ktoś mówi, że poczuł się głęboko zrozumiany, kolejne osoby zwierzają się i dzielą się ze sobą uczuciami, robi się bardzo intymnie, po skończonej sesji uczestnicy w pełnym składzie stoją pod ośrodkiem i wygląda jakby nie chcieli się rozejść.

Wszelkie prawa zastrzeżone przez Laboratorium Psychoedukacji - Instytut Treningu i Psychoterapii
realizacja: estinet.pl